Nie wierzę.

Nie wierzę w autorytety, tytuły ani grube, zakurzone księgi. Nie potrzebuję w życiu ich prawd. Ich prawdy nie pasują do mojej. Ich prawdy rozciągają się jak stara guma próbując dopasować do zmieniającej rzeczywistości, a z pęknięć na powierzchni wychodzą insekty. Ich prawdy lepią się i cuchną wszystkimi rodzajami lęku. Każde ich dotknięcie zostawia w tobie ślad, strach przed Światem, przed ludźmi, którzy nie dotknęli tej lepkiej substancji, strach przed śmiercią, strach przed złymi mocami, a w końcu nawet strach przed miłością i przed samym sobą. Każdy kto kiedykolwiek karmiony był treściami kościoła katolickiego na pewno nosi w sobie wiele z tych śladów. Wierzę, że jako jednostki jesteśmy równi. To system, w jakim przyszło nam żyć wpycha nas codziennie w struktury, które jednych zrzucą ze schodów, a innych posadzą na szczycie złotego wieżowca.

Ten wpis we mnie dojrzewał. Pierwszy akapit napisałam ponad miesiąc temu. Dziś, jak mi się zdawało, przyszłam pisać tu zupełnie o czymś innym, ale zobaczyłam, że mam w Draftach niedokończony tekst. Weszłam, przeczytałam i pomyślałam, że to, z czym przychodzę dziś, jest echem dawnych myśli, które zagrzebane siedzą we mnie i kiełkują. Śnią mi się rzeczy. Ostatnio śnię dużo i barwnie. Tak się jakoś złożyło, że mam potrzebę opowiadania o snach, chociaż nie wierzę w mistyczne znaczenie żadnego z nich. W moich snach zawsze przegrywam. W jednym śnie stoję na placu, przed ważnym budynkiem, a wojsko mierzy do mnie z karabinów. Nie mogę patrzeć i w ten sposób chcą zamknąć mi oczy tylko dlatego, że sprzeciwiam się działaniom władzy. W innym śnie jestem w pomieszczeniu z dwoma mężczyznami, którzy chcą mnie wykorzystać seksualnie. W kolejnym jestem po prostu w domu, z którego nie ma wyjścia. Zamknięta w pułapce. Kiedy indziej stoję na przystanku i czekam na autobus, ale on nigdy nie przyjeżdża. Sny są tylko snami, obrazami tkanymi przez neurony naszego mózgu. Sygnałami elektrycznymi przekazywanymi w określonej kolejności, po oznaczonych ścieżkach synaps. Problem zaczyna się, kiedy po oglądaniu takich niepokojących obrazów budzę się w Polsce, gdzie kiedy wyjdę na ulicę, widzę bilboardy przedstawiające płody i krzyczące „Kochajcie się Mamo i Tato”. Budzę się w kraju, gdzie niecałe pół roku temu postanowiono, że nie jestem człowiekiem, tylko dlatego, że posiadam macicę. Budzę się w kraju, gdzie podczas pandemii zamyka się wszystko, oprócz kościołów. Budzę się w kraju, gdzie nienawidzi się człowieka tylko dlatego, że kocha inaczej, wygląda inaczej, widzi inaczej świat, niż mówi to organizacja stojąca ponad prawem. Budzę się w kraju, gdzie indoktrynacja jest stawiana wyżej niż nauka. Rzeczywistość jest bardziej niepokojąca niż sny. Mam setki powodów by krzyczeć.

Czasem odcinam te myśli. Ale czasem, nieświadomie, pozwalam im płynąć. Tak jak teraz. Pojawia się wtedy ścisk w klatce piersiowej i nie mogę złapać powietrza. Otworzenie okna nie zawsze pomaga, bo czasem do moich płuc wpada smog. Marzę, żeby kiedyś żyć w kraju, gdzie nie będę musiała oddychać kadzidłem, a będę mogła oddychać powietrzem.

Zdjęcie autorstwa Miguel Á. Padriñán z Pexels

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s